Dzieje antylustracyjnej histerii

Artykuł zamieszczony w "Dzienniku" 15 stycznia 2007 roku

 

Kampania, w wyniku której esbekom nieźle się żyje w wolnej Polsce, zaczęła się 15 lat temu

Słowo "lustracja" działa na wielu ludzi w Polsce jak czerwona płachta na byka. Wokół idei lustracji wytworzyła się cała chora mitologia i narosło wiele nieporozumień, które dziś utrudniają pełne przeprowadzanie procesu lustracyjnego. Dlatego też warto przypomnieć sobie, jak rzeczywiście wyglądały nieszczęsne początki prób rozliczania komunistycznej agentury w Polsce.

W roku 1989 jawni i tajni agenci służb specjalnych -- czy jak to się wtedy mówiło: ubecja -- byli początkowo załamani i przerażeni, bali się o swój los. Szybko jednak przekonali się, że nie dość, że nikt ich nie karze, nie potępia, "psów na nich nie wiesza", to jeszcze mogą sobie w wolnej Polsce spokojnie żyć. Mało tego -- mogą doskonale funkcjonować we wszystkich dziedzinach życia społecznego: polityce, mediach, biznesie, środowiskach kościelnych, tworzą nieformalne układy i zbijają fortuny w związku z prywatyzacją, korzystają ze specjalnych uprawnień emerytalnych. Dlatego też powodzi im się o niebo lepiej niż dawnym opozycjonistom.

Historia zaniechań

Przy Okrągłym Stole, podczas którego ustalono pewne reguły podziału władzy, sprawa rozliczenia agentów bezpieczeństwa nie była poruszana. Po trzęsieniu ziemi, jakim był wynik wyborów do Sejmu kontraktowego, wyznaczony początkowo na premiera Czesław Kiszczak nie zdołał stworzyć rządu. Powołano zatem gabinet Tadeusza Mazowieckiego, w którym jednak resorty nazywane później siłowymi podlegały prezydentowi Jaruzelskiemu. Ministrem obrony był Florian Siwicki, a spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak i to oni kierowali wojskowymi i cywilnymi tajnymi służbami.

Wówczas o lustracji nie można było nawet marzyć. Gdy na wiosnę 1990 roku doszło do dymisji Kiszczaka, a jego następcą na stanowisku szefa MSW został ówczesny wiceminister Krzysztof Kozłowski, przyszedł czas na myślenie o jakichś działaniach rozliczeniowych w resortach mundurowych. Jak nietrudno zgadnąć, komuniści nie czekali na ten moment bezczynnie. Już wcześniej zaczęli niszczyć i palić akta na ogromną skalę. Do ostatnich takich wypadków dochodziło już za czasów Kozłowskiego, który ze względu na ogromny opór podwładnych nie był w stanie wszystkiego w swym resorcie kontrolować. Co więcej, aż do jesieni roku 1990 prowadzono inwigilację opozycji – jak to się wtedy mówiło – „niekonstruktywnej", czyli np. "Solidarności Walczącej" i KPN.

Przed pierwszymi wolnymi wyborami do parlamentu w październiku 1991 roku senacka Komisja Praw Człowieka i Praworządności, której byłem przewodniczącym wydała szczególną uchwałę. W jej myśl osoby kandydujące na senatorów składać miały oświadczenie lustracyjne dotyczące tego, czy były pracownikami lub współpracownikami organów bezpieczeństwa publicznego i wojskowych służb specjalnych. Uważaliśmy, że samo odium takiej współpracy spowoduje iż osoby te -- niegodne sprawować urzędu senatora – nie będą nawet zgłaszać swoich kandydatur. To podejście spotkało się z krytyką na posiedzeniu plenarnym Senatu. Pamiętam, jak senator Andrzej Szczypiorski zarzucił mi, że jestem bardzo szlachetny, lecz zarazem bardzo naiwny. Później okazało się, że Andrzej Szczypiorski był tajnym współpracownikiem SB.

W grudniu 1991 roku uformował się rząd Jana Olszewskiego, a minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz mógł wreszcie zbudować kierownictwo resortu z ludzi niezwiązanych z SB. Jednocześnie kontynuowana była tzw. weryfikacja kadr SB. W jej wyniku większość esbeków odeszła z resortu, choć wcześniej Kiszczak zdołał wielu poprzesuwać do policji. W maju 1992 roku Janusz Korwin-Mikke złożył wniosek o ujawnienie agentów SB, którzy funkcjonują w rządzie, parlamencie i władzach wojewódzkich.

Wniosek ten został przyjęty. Jednak gdy 4 czerwca ogłoszono – będącą efektem realizacji wniosku posła Korwina-Mikkego – listę Macierewicza, na której znalazło się nazwisko Lecha Wałęsy, doszło do kryzysu. To był koniec rządu Olszewskiego. Prezydent napisał do posłów list wyjaśniający, że choć różne rzeczy podpisywał, zawsze był wierny Polsce i Polakom. List ten przekazano do PAP, ale natychmiast potem wycofano.

Po "nocnej zmianie", czyli dymisji rządu Olszewskiego 4 czerwca 1992 roku, proces lustracji został sparaliżowany. Po pierwsze, Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że uchwała przyjęta przez Senat na jesieni 1991 roku była niekonstytucyjna. Po drugie, zamiast agentów SB, wrogiem publicznym numer jeden stał się Antoni Macierewicz. Dosłownie rzucono się na niego, a ten odruch istnieje do dziś: nazwisko Macierewicz wywołuje pianę na ustach, choć minister realizował tylko uchwałę parlamentu.

Mimo to przystąpiliśmy w Senacie do pisania pierwszej ustawy lustracyjnej, która zakładała, że osoby związane z komunistycznymi służbami specjalnymi nie będą mogły pełnić funkcji publicznych przez 10 lat. Projekt był gotowy na jesieni 1992 roku. Jednak cały rząd Suchockiej zaangażowany był w procedury tłumienia nie tylko samej lustracji, ale nawet możliwości mówienia o agentach. Wydał też wojnę jej zwolennikom. Gdy w rocznicę upadku rządu Olszewskiego – 4 czerwca 1993 roku – chcieliśmy urządzić demonstrację, prezydent Warszawy Stanisław Wyganowski nie dał nam zezwolenia na przejście Nowym Światem. W wolnym kraju musieliśmy iść chodnikiem, a "nasz" minister Andrzej Milczanowski wysłał przeciw nam policję i armatki wodne. Na jesieni 1993 roku do władzy doszli postkomuniści, którzy również nie byli zainteresowani lustracją.

Informacyjny monopol

Przez cały ten czas pod dyktando "Gazety Wyborczej" prowadzono ostrą nagonkę na zwolenników ujawnienia agentów służb specjalnych. A trzeba pamiętać, że przez lata na rynku mediów panował praktyczny monopol "GW" na informację. Adam Michnik dysponował ogromną władzą.

Przeciwników lustracji pod jego wodzą ogarnęło absolutne szaleństwo. Sięgano po wszelkie chwyty: powoływano się na miłosierdzie, sprawiedliwość, stabilizację. Nazywano zwolenników lustracji oszołomami, zaprzańcami, antysemitami, ksenofobami, ludźmi niegodnymi, destabilizującymi kraj, którzy niszczą, co naród buduje. Oskarżano nas, że ociekamy nienawiścią, pragniemy odwetu. Warto przypomnieć numer tygodnika "Wprost": na okładce którego widać było twarz potwornie zmęczonego Jana Olszewskiego z oczami wywróconymi z wyczerpania codzienną pracą od 8 do 24. Zdjęcie to podpisano właśnie: "nienawiść".

Nasze motywy sprowadzano do najniższych uczuć. Sprawa prawdy i moralnego sprzeciwu wobec zrównywania kata i ofiary gdzieś się zawieruszyła. Do dziś żyją symbole, które wówczas wytworzono. Upatrzono sobie osoby, którymi "można sobie wycierać gębę": ze wspomnianym już Macierewiczem, Piotrem Wojciechowskim czy Janem Parysem na czele. Nieprzypadkowo prowadzono przeciw nim zmasowaną kampanię niszczenia.

Parys na przykład miał w 1992 roku jechać na rozmowy z sekretarzem obrony USA Dickiem Cheney'em w sprawie wstąpienia Polski do NATO. Wybuchła gigantyczna awantura medialna, bo Parys zapowiedział polskim generałom, że armia ma być apolityczna i nie życzy sobie, by wojskowi spotykali się z politykami za jego plecami. Olszewski załamał się pod wpływem tej ideologicznej ofensywy przeciw Parysowi i zawiesił go w czynnościach służbowych. Tymczasem zaraz potem prezydent Wałęsa ogłosił wielce szkodliwy projekt NATO-bis, torpedujący nasze szanse na szybkie członkostwo w NATO. Z całym szacunkiem dla Lecha Wałęsy – on sam tego nie wymyślił. Takie rzeczy nie dzieją się przypadkowo.

O hipokryzji i zakłamaniu przeciwników lustracji może świadczyć, że jako jeden z argumentów przeciwko lustracji wysuwano fakt, że akta są niekompletne, przez co niektórym "się upiecze", a częściowe rozliczanie jest niesprawiedliwe. Jednak przeciwnicy "niekompletnej" lustracji z GW nie mieli najmniejszych oporów, by natychmiast ujawnić np. dane dotyczące "Zapalniczki" czyli Zdzisława Najdera. A przecież on sam poinformował wszystkie istotne osoby -- w tym premiera Olszewskiego czy Jana Józefa Lipskiego -- o swych związkach z SB. Był on jednak spoza środowiska GW, toteż jego ochrona przed lustracją nie obejmowała. (Notabene warto zauważyć, że na wierze w zniszczenie sporej części akt SB oszukało się wiele osób, bo choć mnóstwo materiałów faktycznie spalono, to zachowało się 70 km akt i mikrofilmy.)

Urok Kiszczaka

"Gazeta Wyborcza" uznała najwyraźniej, że ludzie z "prawego skrzydła" Solidarności nie są jej sojusznikami i trzeba ich kompromitować i niszczyć. Aliansów należy szukać natomiast po lewej stronie i to postkomunistów należy ochraniać i popierać. Na powstanie tej koncepcji politycznej złożyło się wiele czynników. Adam Michnik, który zaprzyjaźnił się z Kiszczakiem i Jaruzelskim i uległ ich -- czy może własnemu -- urokowi, czuł, że ma moralny autorytet, dający prawo do rozgrzeszania. Wpływ miały tu oczywiście osobiste sympatie i animozje, ale także najróżniejsze podejrzane powiązania biznesowe (Rywin), których na rynku medialnym nie brakowało.

Jak szkodliwe były te działania, można zrozumieć, gdy pomyśli się, jak potoczyłaby się polska historia, gdyby w parlamencie działającym w latach 1990-93 udało się wprowadzić -- tak jak do tego dążyliśmy – uchwałę zakazującą osobom związanym z SB pełnienia funkcji publicznych przez 10 lat. Powrót SLD do władzy byłby o wiele trudniejszy i nie mielibyśmy osób pokroju Cimoszewicza czy Oleksego na stanowisku premiera. Wiele – jeśli nie większość – z dzisiejszych patologii i problemów związanych z wielką korupcją, nieformalnymi i mafijnymi układami mającymi wpływ na państwo, kupowaniem PZU za pieniądze PZU, WSI, etc., nie miałoby dziś miejsca.

Nierozwiązanie problemu agentury skutkuje do dziś funkcjonowaniem układów nieformalnych, którym kres chcą wreszcie położyć rządy Kaczyńskich. Stąd też widzimy obecnie powrót do wściekłych ataków, przywodzących na myśl właśnie początek lat 90. Mam jednak nadzieję, że tym razem sprawa lustracji będzie miała inne zakończenie.

Senator Zbigniew Romaszewski