Nie można lekceważyć ludzi
(o polityce i „lewicy”)

Artykuł napisany 17 czerwca 2003 roku
opublikowany w "Rzeczpospolitej" 4 lipca 2003 roku

 

 


Spis treści:
Proste podziały i mylące określenia.
Korupcja u źródeł polityki.
Królestwo partii władzy.
Po co Miller miałby odejść?
Społeczne aspiracje.
Źródła programu.
Aktywność pozytywistyczna.

 


Najbardziej wyszukany cocktail partii władzy nie jest w stanie odbudować państwa obywatelskiego

W debacie na temat sposobów naprawy Rzeczpospolitej dyskutanci zbyt często pomijają podstawowe aspiracje znacznej części społeczeństwa. Nie przyjmują do wiadomości, że wyśmiewane pojęcia społecznej sprawiedliwości i solidaryzmu wciąż kształtują myślenie o państwie ogromnej części narodu. Taka postawa elit stwarza tylko dwie możliwości: albo, idąc za radą Brechta, elity wybiorą sobie inny naród, albo trzeba zrezygnować z demokracji i uznać rodzącą się oligarchię za właściwą formę ustrojową, która niemądre społeczeństwo skutecznie „weźmie za twarz".

W Rzeczypospolitej z 19 maja 2003r M. F. Rakowski zaprezentował problemy z jakimi boryka się SLD. Tak się składa, że redagowana przez pana Rakowskiego „Polityka" stanowiła w trudnym okresie PRL zarówno dla mnie, jak i wielu innych intelektualny lufcik na świat i nie mam żadnych wątpliwości, że panu Rakowskiemu o coś chodziło i chodzi. Zaskoczyło mnie jednak przywiązanie autora do określenia lewica, gdyż już od bardzo dawna, zarówno PZPR i jej zstępni, nie uprawiają polityki - jak mawiał Lenin - „przy pomocy książeczek do nabożeństwa", lecz są na wskroś pragmatycznymi partiami władzy. Wyboru takiego dokonał zresztą również autor broniąc w latach 80-tych interesu elit partyjnych, sprzecznego z interesem i wolą społeczeństwa. Było to jedno z moich rozczarowań, choć nie ukrywam, że potem przeżywałem dużo większe. Wrażliwość społeczną postkomuniści wykazywali jedynie w okresie rządów Jerzego Buzka, zaś przedtem nie wahali się wprowadzić np. eksmisji na bruk. Nie sądzę, by wokół aborcji, wolności seksualnej i walki z Kościołem udało się stworzyć silne ugrupowanie ideowe. Myślę raczej, że SLD - zamazawszy powstające pęknięcia - pozostanie partią władzy o malejącym autorytecie i poparciu. Nie wydaje się, by rysowały się przed nim szczególnie obiecujące drogi przyszłego rozwoju ideowego. Problem ten jednak o tyle jest interesujący, ze prowokuje do pytań o to co poza SLD? A co „u nas"?

Proste podziały i mylące określenia.

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sprecyzować, co znaczy „u nas". Sądzę, że do wyborów w 2001 roku, podczas których pojawiły się na scenie politycznej ugrupowania radykalne -„Samoobrona" i LPR - podział był dość prosty i sprowadzał się w gruncie rzeczy do rodowodu tworzących daną partię elit politycznych. Były więc ugrupowania postkomunistyczne, wywodzące się z tradycji PZPR i określające się dla celów ideologicznych, jako lewicowe, były również ugrupowania nawiązujące do tradycji „Solidarności" które, aby odróżnić się od postkomunistów, nazywały się ugrupowaniami prawicowymi. Sądzę , że w obydwu wypadkach określenia te były nieadekwatne.

Nie znam właściwie przypadku, by SLD nawiązywał do lewicowych tradycji i lewicowej myśli politycznej. Po prostu został stworzony w głównej mierze przez beneficjentów władzy PRL i to definiowało jego bazę członkowską i obszar zainteresowań - obronę elit PRL. Jest rzeczą niezwykle charakterystyczną, że ogromna większość byłych członków PZPR uważała i uważa swoją przynależność partyjną bardziej za wyraz pragmatyzmu, pozwalający na wejście do elit państwa totalitarnego, niż wybór jakiejś wyrazistej opcji ideowej i wręcz była przekonana o swej apolityczności.

Inaczej uczestnictwo w „Solidarności" w roku 1980 - ono bezsprzecznie było aktem politycznym, ponieważ było sprzeciwem wobec totalitaryzmu, było protestem wobec niesuwerenności państwa. W swym głównym nurcie "Solidarność" domagała się państwa sprawiedliwości społecznej, będącego dobrem wspólnym wszystkich obywateli. "Solidarność" była przy tym związana z tradycyjnym systemem wartości i wysoko sobie ceniła współpracę z Kościołem Katolickim w Polsce.

Zajmując się przez lata pomocą osobom represjonowanym, stykałem się z bardzo wieloma środowiskami, reprezentującymi pełen wachlarz światopoglądowy - od prawicy do skrajnej lewicy - a mimo to uczestniczącymi w "Solidarności", jako ruchu na rzecz demokracji i poszanowania praw człowieka. W tym sensie określanie środowisk postsolidarnościowych jako prawicowe, co wynikało z socjotechnicznego łańcuszka skojarzeń: zła komuna to lewica, czyli ci co są przeciw, to prawica - skutkuje również istotnymi ograniczeniami programowymi, a w szczególności odrzuceniem tak istotnych dla scementowania "Solidarności" pojęć, jak dobro wspólne, czy sprawiedliwość społeczna.

Powyższe rozważania prowadzą do dwóch wniosków zupełnie różnej natury. Pierwszy wniosek, czysto formalny, dotyczy ograniczonej przydatności pojęć lewica - prawica w analizie polskiej sceny politycznej. Warto dodać, że problem jest dużo szerszy - chodzi o inflację, rozmycie i niejednoznaczność całego szeregu pojęć opisujących postawy, czy systemy wartości. Sądzę, że brak adekwatnego języka jest wyrazem chaosu, wywołanego gwałtownością przemian. Drugi wniosek jest wręcz fundamentalny dla dalszego rozumowania i sprowadza się do stwierdzenia, że "Solidarność" była antytotalitarnym ruchem społecznym, mieszczącym w sobie różnorodne, niedoprecyzowane wizje przyszłego państwa demokratycznego.

Korupcja u źródeł polityki.

Trudno się więc dziwić, ze przywrócenie wolności obywatelskich zaowocowało powstawaniem dziesiątków partii politycznych. Latami kultywowana izolacja komunikacyjna środowisk spowodowała powstawanie zbliżonych ideowo ugrupowań podzielonych, rzecz bardzo ludzka, ambicjami uczestników.

Niewiarygodne kariery polityczne, poczynione przez często dość przypadkowych uczestników opozycji antykomunistycznej, zaowocowały bezwzględną konkurencją i wzajemną niechęcią członków tych samych ugrupowań. Nie bardzo wiadomo, jak miały się one właściwie rozwijać, jako że bardzo często, nowo zgłaszająca się osoba była witana nie jako jeszcze jeden współpracownik, który chce realizować wspólne cele ideowe, lecz jako niebezpieczny konkurent, mogący zająć wyższe miejsce w partyjnym rankingu i objąć związane z nim synekury. Dodatkowy problem dla powstających ugrupowań postsolidarnościowych stanowiły przeszkody natury materialnej. W początkowym okresie, kiedy funkcjonowało jeszcze rozdawnictwo dóbr publicznych, znajdowały się one w gestii środowisk postkomunistycznych, które mogły w ten sposób wpływać na kształt politycznej reprezentacji swoich przeciwników. Potem chaos przekształceń gospodarczych doprowadził do niejasnej roli poszczególnych ugrupowań w prowadzonej prywatyzacji, a wreszcie po sprywatyzowaniu większości gospodarki uczynił z partii politycznych klientelę prywatnego biznesu. Ze względu na całkowitą nieprzejrzystość finansów partii, część pieniędzy trafiała bezpośrednio do kieszeni nieuczciwych polityków i ich akolitów i w ten sposób rodziła się plaga korupcyjna współczesnej Polski. Bardzo dobrze pamiętam moje dążenie do wzmocnienia instytucji kontroli państwowej, które rozbiło się w „naszym" Sejmie I kadencji o argument, że takie wzmocnienie sparaliżowałoby proces przemian. Warto może sięgnąć do gazet z 91 - 92 roku i przypomnieć sobie, kto był zdania, że pierwszy milion trzeba ukraść. (przypis redakcji: zapraszamy do prześledzenia historii kandydowania Senatora Zbigniewa Romaszewskiego na stanowisko prezesa NIK w latach 1990 - 1992 zawarty w naszym serwisie.)

Piszę o tym nie dlatego, by włączyć się w nurt świętego oburzenia zjawiskami korupcyjnymi w Polsce, ale aby naświetlić genezę obecnego kryzysu państwa, w tej części, w której zasadniczą rolę odgrywały partie polityczne. Rzeczywiście, nie mogę sobie przypomnieć żadnej partii z pierwszych stron gazet, o której nie potrafiłbym opowiedzieć pikantnej anegdoty, niezależnie od tego, że o osobistej uczciwości części odpowiedzialnych za te zdarzenia polityków jestem głęboko przekonany. Piszę tu o postsolidarnościowym fragmencie sceny politycznej, ale trzeba podkreślić, ze po stronie postkomunistycznej te same procesy zachodziły w sposób nieporównywalnie szerszy i bardziej zorganizowany. Tak więc, kiedy bohater afery „moskiewskich pieniędzy" zapewnia, że nie wyobraża sobie, w jaki sposób pieniądze z Agory poprzez Rywina mogłyby trafić do SLD, to już nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, czy oburzać, że wszystko to odbywa się pod przysięgą.

Królestwo partii władzy.

Rozbicie organizacyjne, programowe, a także problemy materialne odbiły się bezpośrednio zarówno na taktyce działania jak i programach politycznych licznych partii. Po pierwsze ich działania do tego stopnia zdominowała taktyka polityczna, że wręcz samoistnie stała się polityką. W staroświeckim rozumieniu tego słowa polityka oznaczała działalność publiczną, polegającą na rozwiązywaniu problemów społecznych, poprzez poszukiwanie kompromisów, dla rodzących się konfliktów interesów. Wszystko to odbywało się w imię państwa chroniącego obywateli i reprezentującego ich interesy nadrzędne. Dziś słowa polityk, polityka to inwektywy, odnoszące się do tego, co kiedyś określano mianem partyjniactwa. Dobro wspólne zostało z polityki wyłączone. Jego miejsce zajął interes grupowy i indywidualny.

Po drugie z programów partyjnych wyparowała całkowicie (czasem jakieś relikty przechowują się w sferze werbalnej) wrażliwość społeczna, odgrywająca tak istotną rolę w Solidarności lat 80-tych. Myślę, że duże znaczenie miało tu uzależnienie coraz większych obszarów życia politycznego i społecznego od rodzącej się oligarchii. Biorąc pod uwagę to z jakich źródeł ideowych wywodziły się dzisiejsze partie prawicowe i jakie nadzieje wiązali z nimi wyborcy, nic dziwnego, że pomysł stworzenia na gruncie środowisk postsolidarnościowych partii władzy, skończył się katastrofą. Niespójność ideowo - programowa nie pozwoliła AWS na stworzenie konsekwentnego, oczekiwanego przez elektorat prospołecznego programu i uczyniła z Akcji zakładnika aspiracji politycznych mniejszościowego uczestnika koalicji - Unii Wolności. Brak wyrobienia politycznego i koncentracja na wewnętrznych sporach udziałowców ugrupowania, zaważyły na przyjęciu tak absurdalnych i doktrynerskich pomysłów, jak „schładzanie gospodarki" podczas właśnie rozpoczynającej się dekoniunktury, że o innych, już tylko kontrowersyjnych, nie wspomnę. Ponieważ AWS - odwołując się do "Solidarności" - nawiązywała do tych wartości, które były bliskie ogromnej liczbie Polaków, to i zawód, jaki oni przeżyli, był bardzo głęboki i przerodził się w powszechną niechęć.

Po co Miller miałby odejść?

Przed wyborami 2001 roku dla środowisk postsolidarnościowych zostały zrzucone dwie polityczne tratwy ratunkowe - PiS i PO. Dotychczas jednak niestety tymi tratwami pozostały, i nie widać by któraś z nich miała się zamienić w okręt flagowy, na którym przypłynie „nowe". Być może jest to wina ubogiego przekazu medialnego, ale poza stwierdzeniem, że PiS jest partią domagającą się wzmocnienia państwa i zwalczania przestępczości, a PO skłonna jest wzmacniać przedsiębiorczość kosztem świadczeń socjalnych, przeciętny, nawet zainteresowany polityką konsument gazet, nie jest w stanie powiedzieć wiele więcej o ich koncepcjach i programach.

Kryzys rządów SLD wywołał spore ożywienie polityczne i zaowocował szeregiem interesujących analiz, np. w „Opiniach" Rzeczpospolitej, odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że więcej uwagi wciąż poświęcamy temu, kto stoi za kołem sterowym, niż temu, dokąd ma płynąć nasz okręt. Stwierdzenie, że ma płynąć w kierunku powszechnej szczęśliwości w zjednoczonej Europie można uznać za niezbyt precyzyjne i dość ubogie intelektualnie. Zbyt wiele wypowiedzi sprowadza się też do mało odkrywczej tezy, że „Miller musi odejść". Tymczasem ja nie widzę powodu, by bez jasnej wizji naprawy sytuacji społeczno - gospodarczej kraju pozbawiać go przyjemności rządzenia. Po co? Aby mógł krytykować rząd i znowu przejmować się losem bezrobotnych wybierających puszki ze śmietników? Oczywiście, zarówno pana premiera, jak i „grupę trzymającą władzę" należy przypilnować, aby nie rozrastała się dalej sfera korupcji, a w międzyczasie zastanowić się, co dalej. I nie należy się łudzić, że ratunek przyniosą jakieś mityczne rządy fachowców. Fachowcy - i to jak najlepsi - są potrzebni jako doradcy, są potrzebni w administracji, dla realizacji linii politycznej rządu, ale nic nie zwalnia polityków - czy to z rządu, czy z parlamentu, od odpowiedzialności za kraj. Jeśli fachowiec przejmuje ster rządów staje się politykiem, który powinien realizować jakąś wizję naprawy państwa. Dobrze by więc było by ta jego strategia miała, choćby w ogólnych zarysach, demokratyczną legitymację. Bo nie łudźmy się, że są jakieś wizje „fachowe", a przez to "jedynie słuszne". Każda jest kwestią wyboru i odpowiedzialności.

Jest jeszcze jedna idea, która spędza elitom sen z powiek. Ugrupowanie okołoprezydenckie. Pomysł całkiem racjonalny, bo jeśli między Unią Wolności, Platformą Obywatelską i częścią SLD nie ma istotnych różnic programowych, to może by to powiązać wokół osoby prezydenta Kwaśniewskiego. Problemem jest tu jednak nie tylko brak zdecydowania ze strony Prezydenta, ale i bardzo wątpliwy wynik wyborczy przy jednoczesnej kompromitacji w oczach własnego elektoratu wszystkich trzech partii. Warto też pamiętać, ze podstawowym celem takiej partii musiałoby być utrzymanie status quo, które jakie jest - każdy widzi.

Społeczne aspiracje.

W tych warunkach należy z dużym uznaniem odnosić się do społeczeństwa, które bardzo miarkuje swoje poparcie dla ugrupowań radykalnych. Te partie niewątpliwie lepiej artykułują społeczne aspiracje, ale ich bezradność wobec problemów państwa jest dla wszystkich widoczna. Jeśli społeczeństwo nadal będzie kontestowało wybierając absencję, to nawa państwowa popłynie starym korytem słabego, oligarchicznego, zatracającego swoją tożsamość państwa. Jeśli jednak ludzie pójdą do wyborów i dadzą wyraz swojemu niezadowoleniu, to wobec braku alternatywy - strach pomyśleć.

Znamienne jest, że w badaniach sondażowych około 80% ankietowanych opowiedziało się za państwem socjalnym, w tym około 50% (zgroza pomyśleć) za państwem opiekuńczym. I co? I nic. Ten wyrazisty, choć nie do końca sprecyzowany trend nie wywołał żadnego większego zainteresowania, ani analiz.

Wiedza o społecznych preferencjach nie wpłynęła ani na tok debaty nad podatkiem liniowym, ani nie spowodowała zmiany niechętnego stosunku najbardziej entuzjastycznych naszych europejczyków do Europejskiej Karty Praw Socjalnych (ratyfikowanej z istotnymi wyłączeniami - jako, że nas nie stać). Po prostu uznano, ze społeczeństwo jest niemądre i tyle. A ludzie w znacznej większości chcą jakiejś formy bezpieczeństwa socjalnego, powszechnej dostępności służby zdrowia, oświaty otwierającej możliwości zahamowanego awansu społecznego, zmniejszenia rozwarstwienia, osiągającego (wedle danych podawanych na konferencji Rady Strategii Gospodarczej) najwyższy współczynnik wśród państw Unii Europejskiej. To wszystko piekielnie trudne problemy, ale niepodejmowanie ich, jako populistycznych pomysłów ciemnego, skomunizowanego społeczeństwa, zwłaszcza, kiedy stoi za nimi bez wątpienia poważna część narodu, stwarza tylko dwie możliwości: albo elity, idąc za radą Brechta, wybiorą sobie inny naród, albo trzeba zrezygnować z demokracji i uznać rodzącą się oligarchię za właściwą formę ustrojową, która niemądre społeczeństwo skutecznie „weźmie za twarz".

Sądzę, że potrzeba nowego spojrzenia na politykę społeczno - gospodarczą państwa jest rzeczą pierwszoplanową, a społeczeństwo oczekuje propozycji państwa łączącego wrażliwość społeczną z zasadami wolności gospodarczej. Nie jest to zadanie proste i nie daje się rozwiązać przy pomocy wzorców automatycznie przeniesionych z wysokorozwiniętych krajów demokracji. Trzeba sobie bowiem jasno zdawać sprawę, że inny jest system priorytetów krajów rozwiniętych, a inny krajów rozwijających się. Warto natomiast przypomnieć, że myśl społeczna, wywodząca się z idei solidaryzmu, ma w Polsce bardzo silne korzenie i to zarówno po stronie tych, których zaetykietkowano jako prawicę, jak i wśród środowisk, określanych jako lewicowe. Wierzę, że można budować państwo, które odwoła się do tych korzeni. Natomiast tego, ze najbardziej nawet wyszukany coctail partii władzy nie jest w stanie odbudować państwa obywatelskiego - tego jestem pewien.

Źródła programu.

Odcięcie się od teologii wyzwolenia, przy jednoczesnej krytyce patologii społecznych współczesnego kapitalizmu, jest źródłem z trudem skrywanej niechęci mediów zachodnich wobec osoby Jana Pawła II. Jego encykliki społeczne, wspominane od święta i potem szybko zapominane, a także publicystyka podobno konserwatywnego kardynała Stefana Wyszyńskiego, stanowią fundamenty tego, co jest określane jako nauka społeczna Kościoła Katolickiego.

Ale to nie jedyne źródła, jest jeszcze myśl spółdzielcza Abramowskiego i przemyślenia Solidarności z lat 80-tych, gdy jeszcze aspirowała do artykułowania społecznych żądań, jest przykład niepokornych pozytywistów z XIX wieku i wiele, wiele innych tradycji, łączących wrażliwość społeczną z potrzebą rozwoju gospodarki i państwa.

Oczywiście, wszystko to wymaga dostosowania do naszych czasów, do otaczającej nas globalnej rzeczywistości, ale wyklucza bezwolne godzenie się z powstającymi patologiami i niedostrzeganie społecznych aspiracji. To wielkie wyzwanie dla polskich elit, a podjęcie go może stanowić o przemianach prowadzących do IV Rzeczypospolitej.

Czy własną pozytywistyczną aktywnością można wpływać na rozwój sytuacji politycznej kraju?

Budowa programu naprawczego państwa to nie jedyna trudność, jaka stoi przed tymi, którzy chcieliby te zadania podjąć. Kolejny - wcale nie mniejszy problem, to zagadnienie, jak zbudować i ustrukturalizować bazę społeczną takiego ruchu. Przemiany, jakie zachodzą w organizacji produkcji, powodują głębokie zmiany w strukturze społeczeństwa. Znikają wielkie zakłady produkcyjne, a na ich miejsce powstają tysiące drobnych przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych.

Status majątkowy najszerszej rzeszy drobnych przedsiębiorców niewiele się różni od statusu lepiej płatnych pracowników. Jeśli do tego dodamy 20% bezrobocia, to musimy dojść do wniosku, że siły domagające się prospołecznych przemian są bardzo rozproszone przestrzennie i bardzo zróżnicowane, jeśli chodzi o charakter zatrudnienia.

Zjawiska te, jak również swobodny przepływ kapitału, będą systematycznie wpływały na ograniczenie roli związków zawodowych. Utyskiwania altruistycznych stowarzyszeń pracodawców na roszczeniowość związków są raczej wyrazem powszechnie odczuwalnego załamania gospodarczego, niż rzeczywistym problemem społecznym. Związki zawodowe są bowiem jedną z nielicznych słabnących struktur kontestującego społeczeństwa.

Oczywiście społeczeństwem niezorganizowanym łatwiej jest manipulować, natomiast dramatyczny problem powstaje wtedy, gdy sytuacja robi się gorąca. Nie bardzo jest wtedy z kim rozmawiać, nie ma jak podjąć negocjacji. Argentyna jest tego dobrym przykładem.

Nie zamierzam sugerować, że nasza sytuacja w najbliższej przyszłości grozi wybuchem, ale powstanie ugrupowań radykalnych, zamiana w kolejnych wyborach ugrupowań władzy na opozycję, a przede wszystkim niska 40% frekwencja wyborcza, wskazująca na poczucie bezsilności szerokich rzesz społecznych, sygnalizują narastanie procesów kontestacyjnych. Myślę więc, że już najwyższy czas wyartykułować i zracjonalizować społeczne oczekiwania.

Problem zbudowania programu i wspomniane wyżej rozproszenie społeczeństwa nie wyczerpują trudności związanych z budową ugrupowania stawiającego sobie za cel promowanie tradycyjnych wartości pro społecznych. Jak dotrzeć do społeczeństwa? Jak zdobyć jego zaufanie? Wszak krótkie, 1-2 stronicowe hasłowe programy, nawet bardzo odległych od siebie partii politycznych, są do siebie podobne jak bliźnięta, zaś te szczegółowe, jak to się mówi „konkretne", jeśli powstaną, są w gruncie rzeczy czytelne dla bardzo wąskiego grona.

A zaufanie? To towar chyba najbardziej deficytowy na naszym wolnym rynku. Co gorsza - nie sposób go zastąpić zbiorem pięknie brzmiących słów, podlegających zresztą systematycznej inflacji. Odbudowanie zaufania wymaga długotrwałych pozytywnych działań skierowanych do tzw. prostych ludzi. Wymaga rozbudzenia ich aktywności i przekonania ich, że właśnie tą aktywnością są w stanie wpływać na losy kraju i na losy swoje własne.

Aby to zrealizować, potrzebne jest ugrupowanie, które zapewnia podmiotowość swoim członkom, wspiera ich aktywność społeczną i funkcjonuje nie tylko w okresie przedwyborczym, ale jest nośnikiem treści społecznych również między wyborami - i to niezależnie od tego, czy je wygrało, czy przegrało. Wydaje się, że jedynym źródłem odbudowy zaufania może stać się praca pozytywna.

Są ludzie, dla których dobro wspólne nie jest pustym frazesem i którzy są skłonni poświęcać swój czas i energię celom wybiegającym poza ich doraźny prywatny interes. Prowadzą działalność charytatywną, usiłują organizować życie młodzieży, pomagają ludziom zaplątanym w dżunglę państwa prawa, monitorują wymiar sprawiedliwości i służbę zdrowia, środowisko, uczestniczą w samorządach lokalnych i czynią to na dodatek bezinteresownie. Nie jest ich dużo, ale są.

Wiele zrobiono aby i ich poddać kontroli.

Partyjna ordynacja wyborcza wymiata ich z samorządów, bądź zmusza do politycznych kompromisów. Część organizacji społecznych, poszukując środków na działalność, stała się klientami bądź partii politycznych, bądź wielkiego biznesu. Do niedawna źródłem pieniędzy była akcesja do Unii Europejskiej, dziś moda przyszła na Irak. Ale jak działać bez pieniędzy? Być może ustawa o wolontariacie jest jakimś sposobem na odbudowanie aktywności społecznej, ale jest to dopiero pierwszy krok, który w warunkach dość powszechnej korupcji może okazać się nowym sposobem na wyprowadzanie pieniędzy z budżetu.

Niewątpliwie patologia sięga bardzo głęboko, ale sądzę, że w tych, którzy - niezależnie od wszelkich przeciwności - realizują jakiś cel, można próbować zasiać przekonanie, że nie muszą tego robić wbrew państwu, że można zbudować państwo, które na takich pozytywnych działaniach będzie się opierać. Przekonanie, że „polityka nie musi być brudna".

Senator Zbigniew Romaszewski
Warszawa, dnia 17 czerwca 2003 roku.