Decyzje polityczne

Z Senatorem Zbigniewem Romaszewskim rozmawia Barbara Sułek-Kowalska.
Wywiad opublikowany w Tygodniku "Solidarność" w dniu 8 lutego 1996 roku

 

Barbara Sułek-Kowalska: Jako powód twojego głośnego odejścia z Klubu Senackiego Solidarności podał Pan postawę polityczną władz krajowych "S" promujących Lecha Wałęsę na przywódcę obozu solidarnościowego. Czytelnicy dzwonią, do redakcji i strwożeni lub oburzeni mówią: znowu ktoś rozbija Solidarność! Teraz, kiedy w sondażach Jej pozycja lak ostro idzie w górę?! I pytają: co Pan chciał przez to powiedzieć?

Zbigniew Romaszewski: Chodzi o sprawę, która właściwie w Związku nie została rozwiązana i która będzie skutkować kryzysami ciągle — mam na myśli brak pomysłu na obecność Związku na scenie politycznej. W tej sprawie nie ma żadnego zapisu w statucie, bo statut w ogóle nic przewiduje gremiów, które by miały uprawnienia do podejmowania decyzji politycznych. A są one stale podejmowane i działalność polityczna wciąż jest mieszana ze związkową. Członkowie Związku w tej sprawie mają bardzo niewiele do powiedzenia, nie kształtują programów politycznych, nie wiedzą, jaki ruch do czego służy. Wiadomo tylko, że "Lech Wałęsa". Ale co Lech Wałęsa chce zrobić, tym się nikt dotychczas nie zainteresował. Bo nic wiadomo tak naprawdę, co on chce zrobić. I to właśnie, moim zdaniem, może prowadzić do rozbicia Solidarności. Już dwa lata temu, po wyborach w 1993 roku, apelowałem o pozostawienie Związku jako broniącego prawa pracowniczego i powołanie — w oparciu o te same środowiska — partii politycznej. Ta formacja reprezentowałaby interesy pracownicze, byłaby partią niezależną, prowadziłaby działalność polityczną aprobując linię Związku.
Rozumiem, że to budzi ogromny sprzeciw aparatu związkowego, który chciałby funkcje polityczne pełnić, mimo że to nic jest w statucie zapisane. I wciąż podejmuje dalekosiężne decyzje polityczne — niewątpliwie dla Związku szkodliwe.

B.S-K.: Czyli "przygarnięcie" Lecha Wałęsy widzi Pan wyłącznie w kategoriach politycznych? A jego rola "związkowa"?

Z.R.: Nie upierajmy się przy tym, że pan prezydent jest aż takim związkowcem. Chyba nawet trudno mieć jakiekolwiek złudzenia na ten temat. Dam przykład pierwszy z brzegu członkowie Solidarności są dyskryminowani w ustawie emerytalnej. Otóż przy naliczaniu emerytury tata 1982-89 dla wielu nie mogą być pominięte, a dla członków Solidarności były one wyjątkowo niekorzystne Sam znam sztygara, który miał doskonałe zarobki, ale lata 1982-89 przepracował tako stróż nocny. Taka ustawa została wniesiona przez pana Kuronia, w sejmie pierwszej kadencji nastąpiła próba nowelizacji tej ustawy i usunięcia tej dyskryminacji członków Związku. I co się siało? Została zawetowana przez pana prezydenta. Już nigdy potem nie zająknął się na ten temat. Takich przykładów jest więcej.

B.S-K.: Pan jednak był przewodniczącym senackiego klubu "S". Czy zanim podjął Pan decyzję o odejściu, próbował Pan wszelkich innych dostępnych Panu działań: czy rozmawiał Pan z Komisją Krajową, i kolegami senatorami, czy była wymiana argumentów?

Z.R.: Sprawa Lecha Wałęsy, którą zresztą uważam za pewne nieporozumienie polityczne, jest takim ostatnim elementem. Ja o tym mówię od momentu, kiedy zostałem senatorem z ramienia "Solidarności". Postulowałem, aby po wyborach '93 zwołać zjazd nadzwyczajny i zastanowić się nad sytuacją polityczną, proponowałem kluby, które zostały uznane za próbę zawładnięcia Związkiem, potem miałem dziką walkę o to, żeby napisać projekt konstytucji — bo było to niezwykle podejrzane. Kiedy wreszcie zbieraliśmy podpisy pod projektem i była ogromna szansa zbudowania ruchu politycznego, też zostało to zaniechane. Uważam, że trzeba mówić do ludzi jasnym językiem i reprezentować to, co się reprezentuje. Nie udawać, że się reprezentuje to, czego się nic reprezentuje. Myślę, że taka czystość i jasność jest bardzo potrzebna w społeczeństwie, które już niczego nie rozumie, bo wszyscy coś udają. Przede wszystkim potrzebna jest zmiana sposobu uprawiania polityki.

B.S-K.: Więc nie głos sumienia — ale kalkulacja polityczna stoi u źródeł Pana decyzji?

Z.R.: Tu nie chodzi o emocje, to była przede wszystkim decyzja polityczna. Nie chciałem jej podejmować wtedy, kiedy Związek stał przed takimi problemami, jak przygotowania do zjazdu. Integralność Związku w takim momencie była ważniejsza.

B.S-K.: Powrót Wałęsy na łono Komisji Krajowej stał się dla Pana sygnałem, który uruchomił decyzję?

Z.R.: To był ten kamyk Lech Wałęsa nie odpowiedział na pewne pytania, nie był w stanie zrozumieć swoich błędów i w moim odczuciu świadczy to o jego nieprzygotowaniu do procesu rządzenia. Takim błędem było przecież rozwiązanie pierwszego parlamentu, forsowanie traktatu polsko-rosyjskiego, nie mówiąc o zdjęciu rządu Olszewskiego... To, o czym my mówimy? A stosunek do prywatyzacji: nie można być jednocześnie z Solidarnością i z Olechowskim w tej sprawie, tak się nie da...

B.S-K.: Co Pan zamierza teraz robić?

Z.R.: Chcę podjąć działalność polityczną. Od pewnego czasu pracuję nad dokumentem, który można by nazwać platformą polityczną, staram się znaleźć punkty istotne dla naszego życia społecznego i gospodarczego. I spróbuję je przedstawić ludziom, przede wszystkim młodym. Stworzenie trzeciej siły uważam za absolutnie dla naszego życia konieczne. Nie możemy trwać w systemie dualizmu: Wałęsa — Kwaśniewski. Jest to po prostu groźne dla państwa. Jeżeli natomiast wokół mojej platformy nie znajdą się ludzie, to będę miał czyste sumienie: przedstawiłem swoje credo polityczne, co uważam za swój obowiązek w sytuacji takiego zamieszania, jakie jest.