List otwarty Senatora Zbigniewa Romaszewskiego
do członków, działaczy i sympatyków
NSZZ "Solidarność" w sprawie prawyborów prezydenckich

Warszawa, dnia 21 lutego 1995 roku

 

Od redakcji: Niniejszy list został rozesłany do Komisji Zakładowych, innych struktur i działaczy Związku. List ten wywołał szeroką dyskusję wewnątrz NSZZ „Solidarność”. Zapraszamy również do lektury kuriozalnego wystąpienia przewodniczącego Regionu Łódzkiego NSZZ „Solidarność” Janusza Tomaszewskiego zamieszczonego poniżej treści listu Senatora.

* * *

Drogie Koleżanki, drodzy Koledzy!

Szansą na to byśmy mieli swojego prezydenta jest wytypowanie przez nas samych kandydata do tej godności.

I.

Dla przeważającej części związkowców nie do przyjęcia powinno być zarówno oddanie stanowiska prezydenta w ręce lewicy, jak i powierzenie go na następną kadencję Lechowi Wałęsie. O ile pierwsza sprawa nie wymaga wyjaśnień, to kwestia druga jest kwestią dyskusyjną.

Ze swej strony pragnę przypomnieć, że to Lech Wałęsa odbudowywał "lewą nogę", że to Lech Wałęsa forsował artykuł 7 traktatu polsko-rosyjskiego, przekazującego w ręce polsko-rosyjskich spółek (czytaj mafii rosyjskiej i KGB) majątek po wyjeżdżającej Armii Radzieckiej, to Lech Wałęsa obalił rząd Jana Olszewskiego, natychmiast skorzystał z okazji i rozwiązał pierwszy niekomunistyczny parlament w Polsce, doprowadził do wyboru obecnego, to Lech Wałęsa wymyślił premiera Pawlaka i wreszcie, kierując się własnymi interesami sparaliżował działalność Krajowej Rady Radiofonii i TV. Również w wyniku veta prezydenckiego w 1993 roku utrzymuje się do dnia dzisiejszego system emerytalny, jawnie dyskryminujący ludzi, którzy walczyli o wolną, niekomunistyczną Polskę. Warto o tym pamiętać zwłaszcza gdy, coraz ostrzejsze stają się konflikty Wałęsy z ugrupowaniami postkomunistycznymi.

Jednak o tym, czy Lech Wałęsa ma prawo korzystać z poparcia Solidarności powinni decydować wszyscy członkowie Związku, a nie jego funkcjonariusze.

W każdym przypadku decyzja o poparciu przez Związek tego lub innego kandydata, wypracowana tylko w gremiach kierowniczych może zostać zakwestionowana przez członków i sympatyków Związku i doprowadzić do wyniku, jak w wyborach 1993 roku. Dlatego jedynie kandydat na prezydenta, wyłoniony w wyniku powszechnego referendum związkowego może liczyć na rzeczywiste poparcie członków i sympatyków Związku, co w istniejącej sytuacji politycznej daje mu szansę na sukces.

Związek może te wybory wygrać z ogromnym prawdopodobieństwem, ale musi nad tym popracować. Zresztą tego oczekuje po nim polskie społeczeństwo. Nie należy się obawiać odwoływania do opinii wszystkich związkowców, gdyż to tylko umacnia prestiż Związku. Akcja konstytucyjna skupiła wokół Związku półtora miliona obywateli i podniosła popularność Solidarności w społeczeństwie z 4 do 12%, o tym warto pamiętać. Czego oczekują od nas ludzie? Wyłonienia jednego kandydata.

II.

Wyłonienie jednej osoby sprawia ogromne trudności nie dlatego, że nie mamy dobrych kandydatów, bo w niczym nie ustępują oni kandydatom lewicy, a nawet są dużo lepsi. Jednak w wyniku rozbicia bloku solidarnościowo-niepodległościowego w procesie wyłaniania kandydatów następuje ich dezawuowanie i wśród uczestników bloku rodzi się przekonanie, że nie mamy odpowiednich ludzi. Nie dajmy się zatupać, nie dajmy się zwariować, bo czym prezes NIK Lech Kaczyński ma być gorszy od posła Kwaśniewskiego, a premier Jan Olszewski od premier Hanny Suchockiej, pierwszy prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz od ministra pracy Jacka Kuronia, czy wreszcie przewodniczący naszego Związku Marian Krzaklewski od wicepremiera SLD Cimoszewicza.

Zastanówmy się nad polityką lansowania naszych kandydatów. Pomijając sam proces międzypartyjnych przetargów, pomniejszający naszych kandydatów, należy sobie zdawać sprawę, że uczestniczące w nim partie liczą od kilkudziesięciu do kilkuset aktywnie działających członków i ich wpływ na opinię publiczną jest bardzo ograniczony. Kandydat uzgodniony przy "zielonym stoliku" nie skupi głosów przeciwników dotychczasowych układów, a jest ich naprawdę nie mało. Pozostaną oni nie przekonani i bardzo możliwe, że nie wezmą udziału w wyborach lub podejmą decyzje zupełnie przypadkowe.

Za naszym kandydatem powinna stanąć siła, a dziś po tej stronie barykady prawdziwą siłą jest tylko Związek. I jeszcze raz podkreślam, nie aparat związkowy, lecz 2 miliony działaczy i członków Związku.

W tym celu trzeba sprecyzować jasne reguły gry, w której każdy członek Związku będzie miał okazję wyrazić swoje sympatie w prawyborach, aby w wyborach w sposób zdyscyplinowany zagłosować na kandydata, którego wytypowała większość. Warto zauważyć, że grono ewentualnych kandydatów reprezentuje dość podobne zapatrywania społeczno-polityczne, a problem dotyczy tu raczej cech osobowościowych bardziej lub mniej preferowanych przez wyborcę.

Sądzę, że na liście prawyborów winni znaleźć się wszyscy ci, którzy pragną kandydować i którzy identyfikują się z obozem solidarnościowo-niepodległościowym. Osoba, która chciałaby wziąć udział w prawyborach Solidarności musiałaby złożyć oświadczenie, że w wypadku przegranej, w wyborach prezydenckich uczestniczyć nie będzie.

Tego rodzaju weryfikacji mógłby się również poddać Lech Wałęsa. Uważam, że byłby to jedyny uczciwy sposób uzyskania przez niego poparcia Związku.

Sam kandydować nie będę ponieważ za najważniejsze uważam wystąpienie z tą inicjatywą. Nie można równocześnie promować prawyborów i kandydować nie budząc podejrzeń o manipulację. Wytypowanie najlepszego kandydata Solidarności, z grona poważnych i w pełni zasługujących na szacunek osób jest napewno ważniejsze, niż osoba jeszcze jednego pretendenta. Nie jest to fałszywa skromność, gdyż nie uważam się za gorszego od pozostałych, ale sądzę, że rzeczą najważniejszą z punktu widzenia państwa polskiego jest wytypowanie jednego kandydata i wsparcie go autorytetem Związku.

III.

Żeby sprawnie przeprowadzić prawybory powinniśmy:

  1. Powołać sztab,
  2. Zebrać kandydatury i zobowiązania,
  3. Powołać zakładowe sztaby prawyborów,
  4. Rozpowszechnić listy i życiorysy ze zdjęciami kandydatów,
  5. Przeprowadzić prawybory we wszystkich komisjach zakładowych,
  6. Przekazać wyniki ze wszystkich komisji zakładowych do sztabu,
  7. Policzyć i ogłosić wynik.

Jestem głęboko przekonany, że kandydat wyłoniony w wyniku tak przeprowadzonej akcji ma realną szansę na stanowisko prezydenta. Jest to niewątpliwie bardzo szeroka akcja, wymagająca czynnego udziału i pełnego zaangażowania się wszystkich członków Związku, ale wyplącze ona NSZZ "Solidarność" z sieci intryg politycznych, w które Związek w innym wypadku zostanie niewątpliwie uwikłany w toku kampanii prezydenckiej. Intryg nieskutecznych przy wyborze prezydenta, a za to grożących dezintegracją "Solidarności".

Powróćmy do naszych korzeni - jawności i demokracji, rezygnując z kuluarowych uzgodnień i politykierstwa.

Zdaję sobie sprawę, że przedstawiona koncepcja godzi w interesy różnych polityków, rozgrywających swą partię również na terenie Związku, ale ich interesy nie muszą być tożsame z interesami obywateli naszego kraju.

Nim ustosunkujecie się do tej propozycji, zakrzyczani przez massmedia i sfrustrowani wszechogarniającą apatią, spróbujcie uwierzyć w siebie i Związek.

Stańmy się znowu siłą, tego oczekuje od nas Polska.

Senator Zbigniew Romaszewski
Warszawa, dnia 21.02.1995 r.

* * *

Od Redakcji: Powyżej zamieszczony list został rozesłany do Komisji Zakładowych, innych struktur i działaczy Związku. Przed rozesłaniem go Senacki Klub NSZZ „Solidarność” zwrócił się do Zarządów Regionów z prośbą o przesłanie adresów Komisji Zakładowych, by móc im przesłać treść listu. Poniżej zamieszczamy kuriozalną odpowiedź Janusza Tomaszewskiego, przewodniczącego Regionu Łódzkiego. Redakcja pamiętając dalsze dzieje Janusza Tomaszewskiego pozostawia jego treść bez komentarza.